Padłam
ze śmiechu i jeszcze się podnieść nie mogę. Nie było to
profesjonalne, no ale trudno, kto powiedział, że ja zawsze muszę
być profesjonalna? W końcu jestem amatorką a nie zawodową
czarownicą.
Facet
do mnie przyszedł. Niby nic w tym dziwnego, faceci też przychodzą
chociaż zdecydowanie rzadziej. Bo kobiety to nawet jak nie wierzą
we wróżby to się ich łapią jak nic innego nie mogą zrobić.
Takie ostatnie koło ratunkowe – wizyta u wróżki. A mężczyźni
to muszą wierzyć żeby w ogóle przyjść. A wiadomo, mało jest
takich, którzy wierzą w karty. Zdecydowanie mniej niż kobiet.
No
więc przyszedł do mnie mężczyzna przed zawodem miłosnym jak sam
to określił. A skąd wiedział, że przed i że spotka go zawód? A
nie, wcale nie jego, jego kobietę miał spotkać. I to nie dlatego,
że chciałby ją rzucić, wręcz przeciwnie. Chciałby ją
wszechstronnie zadowolić ale mu jakby to elegancko... natura nie
pozwala. No po prostu nie staje na wysokości zadania. Bywa. W
pierwszej chwili się przeraziłam, że będę musiała mu wywróżyć,
kiedy będzie najlepszy moment, a aż tak dokładnie to ja nie umiem.
Na moje szczęście okazało się, że chodzi zupełnie o coś
innego. Postanowił sobie kupić leki
na potencję,
sęk tylko w tym, że nie bardzo wie co z nimi zrobić a ulotki są
jakieś niejasne. No krótko mówiąc nie wiedział, czy ma je
połknąć czy wręcz przeciwnie. Dostałam gwałtownego ataku kaszlu
i musiałam uciec do łazienki.
Jak
już udało mi się wrócić to powiedziałam, że nie wypada pytać
kart o rzeczy, które sami możemy ustalić i kazałam mu przynieść
wszystkie te ulotki. Okazało się, że ma ze sobą. Równo dziesięć
sztuk. Popołudnie spędziłam na studiowaniu ulotek i pouczaniu
dżentelmena w średnim wieku jak należy je stosować. Po czym z
własnej nieprzymuszonej woli poinformowałam go, że nie powinien
ich łączyć, bo efekt może być piorunujący i to wcale nie taki o
jaki mu chodzi. Po czym odwołałam wszystkie kolejne spotkania. No
po prostu nie mogłam przestać się śmiać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz