Lato
to dobry okres na wybranie się w plener. Jeżdżąc po Polsce widzę
to wyraźnie. Pogoda w tym roku jest taka sobie, a jednak ludzie nie
rezygnują z pikników na łonie natury. I nawet się zmądrzyli i
przestali męczyć ludzi muzyką z telefonów.
Znaczy
nie do końca tak. Muzyka nadal leci, oczywiście co chwila inna, ale
przynajmniej jakość się znacznie poprawiła. W czym tkwi sekret? W
przenośnych głośnikach. Najlepsze rozwiązania są zwykle
najprostsze.
Na
początku w ogóle nie wiedziałam, że to są głośniki. Jednak
człowiek myśli stereotypowo. Głośnik w moim pojęciu to takie
sześcienne pudełko z okrągłym z przodu. Zacofana jestem
technologicznie aż wstyd. Okazało się, że głośnik wcale nie
musi wyglądać jak pudełko, może wyglądać jak cokolwiek
praktycznie
(http://www.philips.pl/c-m-so/przenosne-odtwarzacze-audio/przenosne-glosniki-przewodowe/wszystkie).
Może być tradycyjny czarny, może być kolorowy. Może być duży,
może być mały. Najbardziej podobały mi się te ergonomiczne.
Można iść i słuchać muzyki. Bardzo praktyczne, jeśli się idzie
dużą grupą. I nie trzeba tego głośnika nosić na kiju, chociaż
można. A bateryjne zasilanie wystarcza naprawdę na długo, nie
trzeba mieć wózka z akumulatorem.
Generalnie
nie lubię, jak ludzie katują mnie swoją muzyką, ale muszę
przyznać, że doceniam postęp techniczny. Jeśli już muszę
słuchać hip-hopu, którego naprawdę nie znoszę, albo tych
wszystkich bitów, których jeszcze bardziej nie znoszę, to niech to
przynajmniej ma jakąś jakość, a nie brzęczy jak uparta mucha. Co
prawda smartfony i tablety mają coraz lepszy dźwięk i w ogóle są
coraz fajniejsze, ale nie oszukujmy się, nadal mają głośniki
niewiele większe niż główka od szpilki. Pewnie kiedyś dojdziemy
i do tego, że taka wielkość wystarczy, by wiernie odtwarzać
dźwięk, ale na razie lepiej wesprzeć się zewnętrznym głośnikiem.
A głośnik na baterie to naprawdę dobre rozwiązanie. Brzmi jak
bajka, a stało się rzeczywistością.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz