Karty
mam w torebce, ale od ładnych paru dni ich nie wyjmuję. Nie są mi
potrzebne. Czasem się zastanawiam co się dzieje na mojej klatce
schodowej, czy są kolejki, czy się ludzie dobijają do mnie. Innym
razem nie obchodzi mnie to wcale. Telefon mam wyłączony, dla
najbliższych kupiłam sobie nowy numer, żeby się nie bali że
zabłądziłam całkiem. Zapowiedziałam, że jak go komuś zdradzą
i zaczną się telefony w sprawie wróżenia to utopię ten telefon w
pierwszej kałuży. Chyba mi uwierzyli, bo nikt nie dzwoni.
Dziś
byłam w takim fajnym miejscu, co przypomniało trochę fabrykę.
Piszę trochę, bo fabryki to mi się kojarzą z ogromnymi kombajnami
z minionego ustroju, a nie z ustawieniem paru maszyn w garażu.
Tylko, że ten garaż to był naprawdę duży, ze cztery samochody by
tam weszły i to nie jakieś tico tylko co najmniej stary. I tam
praca wrzała, aż miło było popatrzeć. Nie wiem co oni tam
robili, to w sumie nieważne, fajnie było zobaczyć, że są jeszcze
miejsca gdzie ludzie naprawdę pracują, ale to naprawdę tak, jakby
ich życie miało od tego zależeć. Jak oni krzyczeli na siebie! Jak
się nawzajem poganiali! Krzyczeć musieli bo tam głośno było.
Weszłam tam z duszą na ramieniu. Pomyślałam, że jakby co to
najwyżej mnie wyrzucą, zdarzają się przecież większe
nieszczęścia. Nie wyrzucili. Powiedzieli nawet że te maszyny to
frezarki cnc, a oni maja duże
zamówienie na Ukrainę i dlatego się tak spieszą. Trochę mnie
zdziwiło, że robią jakieś interesy z Ukrainą, bo tam sytuacja
niepewna, ale mi wyjaśnili, że nie z rządem ukraińskim tylko
jakąś prywatną firmą i ryzyka nie ma bo ta firma się dobrze
zabezpieczyła. Nie pytałam co to znaczy dobrze, bo w końcu co mnie
to obchodzi. Stałam tam przez chwilę zafascynowana a potem sobie
poszłam i pierwszy raz pomyślałam, że mogłabym wyjąć karty i
zobaczyć jak im wyjdzie ten interes.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz